- Wiem, do cholery! - Wilson wziął kapelusz. - Ale im i tak nic nie przeszkodzi! Jeden facet jest nieprzytomny, a drugi... pewnie nie za długo zabawi na tym świecie. Przecież pani Buchanan jest żoną jednego z nich i chce się zobaczyć z mężem. W dodatku może nam pomóc. Pani pozwoli, pani McKenzie, idziemy. Cassidy próbowała zapanować nad emocjami. W jej umyśle mnożyły się tysiące pytań. Nie spała prawie dwie doby, a kiedy udało jej się zdrzemnąć, dopadł ją przerażający koszmar o pożarze w tartaku. Zlał się z innym potwornym ogniem, gorącym piekłem, które siedemnaście lat temu zniszczyło jej życie i życie jej rodziny. Ciałem Cassidy wstrząsnął dreszcz i ugięły się pod nią kolana... O Boże, to straszne wspomnienie... Czarne niebo, czerwone płomienie, białe rozżarzone iskry, które wzbijały się w niebo, jakby wypluwał je sam szatan, drwiąc z Boga. Zniszczenie i śmierć... Proszę, pomóż mi. Zorientowała się, że zastępca szeryfa patrzy na nią i czeka. Przypomniała sobie, że chyba mówił coś o pójściu do szpitala. - Możemy już iść? - Wybrnęła z sytuacji. O, Boże, proszę Cię, nie pozwól mu umrzeć! Łzy napłynęły jej do oczu i zawisły na rzęsach niczym krople rosy. Nie chciała jednak dać T. Johnowi Wilsonowi satysfakcji i pokazać, że jest załamana. Powinna poprosić, żeby sprowadzono adwokata, ale to było niemożliwe. Jej adwokatem był mąż, który walczył o życie. Nie pozwolono jej się z nim zobaczyć, ale lekarze poinformowali ją, jakie odniósł obrażenia. Złamana szczęka i żebra, przebite płuco, zmiażdżona kość udowa, spalona rogówka prawego oka. Ma szczęście, że żyje. Szczęście! Rzuciła ostatnie spojrzenie na zwęglony srebrny łańcuszek w plastykowym worku. Był poskręcany i wyglądał niczym zdechły wąż. Serce zabiło jej mocniej. To tylko zwykła biżuteria - przywołała się do porządku - w dodatku niedroga. Nic dla niej nie znaczy. Nic. Cassidy nie słyszała szpitalnych hałasów - szczęku wózków i naczyń, dzwoniących telefonów ani kroków. Wydawało jej się, że wszystko umilkło, kiedy Wilson otworzył drzwi do szpitalnej sali, gdzie pod sterylnie białym prześcieradłem nieruchomo leżał jej mąż. Pół twarzy, włącznie z prawym okiem, miał osłonięte bandażem. Ciało posiniaczone i pokaleczone. Przy spuchniętym nosie biegły szwy, a wokół ran na skórze żółcił się środek antyseptyczny. Na widocznej części szczęki zaczynał pojawiać się ciemny zarost. Do żył sączył się płyn z kroplówki. Cassidy poczuła mdłości. Zacisnęła zęby. A więc tak się to skończyło. Po co był wtedy w tartaku? Z kim się spotkał? Z tym człowiekiem, który umiera gdzieś w labiryncie szpitalnych sal? I dlaczego, o Boże, dlaczego ktoś próbował go zabić? Jestem tutaj - powiedziała cicho, wchodząc do sali. Żałowała, że nie może cofnąć czasu i uchronić go przed tymi męczarniami. Już dawno przestali się kochać, a może tak naprawdę nigdy nie było między nimi miłości, jednak zależało jej na nim. - Słyszysz mnie? - spytała. Nie dotknęła czystej poszwy, którą był przykryty, żeby niepotrzebnym ruchem nie przysparzać mu dodatkowego cierpienia. Zdrowe oko miał otwarte. Nieruchomo wpatrywał się w sufit. Białkówka nabrała paskudnego czerwonego odcienia, a niebieska tęczówka, ta błękitna jak niebo tęczówka, wyglądała jakby rozpuściła się w okalającej tkance. - Jestem tu z tobą. - Cassidy wiedziała, że w drzwiach stoi zastępca szeryfa. - Słyszysz? Oko poruszyło się i spojrzało w jej stronę z taką nienawiścią, że niemal odskoczyła od łóżka. Mąż przyglądał się jej przez długą, pełną napięcia chwilę. Potem odwrócił wzrok, jakby zdegustowany i znowu wpatrywał się w sufit. - Proszę cię... Nie poruszył się. T. John zrobił krok do przodu. - McKenzie? Nic. Kobieta odezwała się miękko: - Chcę ci powiedzieć, że mi zależy. - Na wspomnienie ostatniej kłótni i okrutnych słów, którymi się obrzucili, ścisnęło ją w gardle. Oko mężczyzny mrugnęło, wiedziała, że mimowolnie. Nie mógł jej słyszeć. Nie chciał. Nic się nie zmieniło. Nie chciał miłości, której ona i tak nie była w stanie mu dać. Będę przy tobie. Przypomniała sobie przysięgę małżeńską i poczuła bolesne ukłucie w sercu. Ten bezwładny mężczyzna był kiedyś tak silny... Od samego początku wiedziała, że ich małżeństwo jest pomyłką, ale wierzyła, że znajdą sposób, żeby się pokochać. Myliła się. Bardzo się myliła. Czekała. W końcu oko zamknęło się. Nie wiedziała, czy mąż śpi, jest nieprzytomny, czy jak zwykle udaje, że jej nie zauważa. Wyszła ze szpitalnej sali na nogach jak z waty. Dopadły ją wspomnienia. Wspomnienia o znalezionej i utraconej miłości, o nadziejach i marzeniach, które umarły na długo przed pożarem. Wilson dotrzymywał jej kroku. - Opowie mi pani o łańcuszku z medalikiem świętego Krzysztofa?

ROZDZIAŁ DRUGI
Tymczasem całym wysiłkiem woli trzeba się skoncentrować
herbatą, Imogen przeszła do rzeczy.
- Czyli sprawy osobiste?
- Korzyści płynące z oddziaływania męskiego wzorca.
ręki i skoncentrowała się na muzyce.
ślubem.
Dom, jak wyjaśnił konstabl po zapisaniu w rejestrze nazwiska
— Belle-mère, posłuchaj mnie — błagała Tempera. —
- Kochasz mnie?
- O czym ty mówisz, Zuzanno? - zdziwiła się Izabela.
- Tak? - Głos Matthew brzmiał beznamiętnie, nieco ironicznie.
- Bez względu na to, co czujesz, i tak jesteś silniejszy od Karo. -
powrocie, i w tym momencie usłyszał, że Izabela z Mickiem


an43

powiewał na tle mistrzowsko namalowanych drzew,
rano odbyli dłuższą rozmowę. Przez chwilę Matthew kusiło, by się
- To dla ciebie trudne, wiem. - Niepokój nieco zelżał. W końcu

kiedy pili kawę w poczekalni na dwunastym piętrze.


się pilnował, żeby nie zdradzić nazwiska.
143

- Wychodzę - oświadczył Matthew. Patrząc na Flic, niemal

obiecać, że kiedyś tu nie zawitają, ale ja na pewno nie dam im cynku,
kilometr ktoś zamieszkiwał. Minęli już wielkie połacie terenu
załatwienia.